Z pewną taką bezczelnością
Czy jest to zatem oznaka naukowego celebrytyzmu? Oczywiście, że łatwiej jest prowadzić bloga w popularnym serwisie i na tym budować wizerunek naukowca, niż na własnych naukowych publikacjach, bo to właśnie one stanowią świadectwo naszego dorobku. Niemniej, na początku drogi na ów dorobek nie składają się opasłe tomiszcza cytowane z równą częstotliwością, co definicje ze Słownika Języka Polskiego. Ale jednak to, co robimy jest dla nas ważne i dobrze byłoby także sprawdzić, czy są to kwestie także poruszające ogół społeczeństwa. Jest to ważne zwłaszcza w przypadku materii takiej jak media. Chcę także zauważyć, że działalność blogerska, zwłaszcza gdy przypieczętowujemy to własnym nazwiskiem i wizerunkiem, niesie ze sobą spore ryzyko i wymaga nieco odwagi lub jak kto woli - bezczelności. Po pierwsze trzeba liczyć się z krytyką, która często daleka jest od argumentacji merytorycznej, wynika z niedoczytania lub braku zrozumienia. Z drugiej strony uczy pokory, bo często krytyka jest uzasadniona i trzeba samemu przed sobą przyznać - dobra, walnęłam głupotę, pomyślmy jak wyjść z tego szamba. Być może w wypadku postaci stale wystawionych na publiczny osąd, jakoś łatwiej to przełknąć. Kiedy komentuję na prośbę dziennikarzy z NaTemat.pl różnorakie medialne wydarzenia, sama uczę się intelektualnej dyscypliny i błyskawicznej konkretyzacji często chaotycznych myśli. Tym ciekawiej, kiedy moja opinia konfrontowana jest ze zdaniem badacza o większym dorobku, z którym być może nie miałabym możliwości w innych okolicznościach polemizować. Jeśli to jest naukowy celebrytyzm, to zdecydowanie się na to piszę.
